orące promienie słoneczne odbijały się od lśniących zbroi wojowników. Na północ Mehas ściągnęły zastępy żądnych sławy i bogactwa śmiałków. Sławetni wojacy zebrali się tu w jednym tylko celu. Wszyscy chcieli zabić zielonego smoka ... Pierwszego dnia rozstawiono namioty. Każda z grup miała własny, wydzielony obszar, by uniknąć niesnasek. Wyglądało to jak mała armia, choć pod względem jednolitości nie przypominało to armii ani trochę. Klan Rębaczy z Gór Smoczych – krasnoludzkich wojowników, nie lubił się z drużyną elfów z Mglistej Doliny. Do wesołej gromadki zaliczali się też rycerze króla Edwarda Srogiego pod dowództwem Lorda Dezmonda z Kliss. Ze względu na możliwy konflikt interesów przedstawiciele wszystkich trzech grup postanowili zrobić spotkanie, by omówić podział łupów między siebie. - Nigdy się, psia mać, na to nie zgodzimy! - wykrzyknął Borgo Mundri, przywódca Rębaczy. - Ależ rozważcie waść ten plan! - powtórzył zniecierpliwiony Lord Dezmond. - Powtarzam jeszcze raz. Smoka nie pokonamy żadnymi chędożonymi czarami! Zachowajcie zdrowy rozsądek, Lordzie. Żadnych elfich sztuczek! - Zawrzyj swą jadaczkę, bo ci zad podpalę! – zerwał się z krzesła Aidan Turienn. Zaatakujemy go najpierw czarem osłabiającym, a Lord wraz z rycerzami zaatakują gada z pełną siłą. - A my co? - Do domu wracajcie, krasnale złośliwe! Nie dla psa kiełbasa, taka wasza mać! Borgo chciał złapać za trzonek toporka, ale zapomniał, że na rozmowy musieli się wszyscy stawić nieuzbrojeni. Mimo wielkiej złości opamiętał się w odpowiednim momencie. - Spokojnie, Panowie! Nie doprowadźmy do rozlewu krwi! – przemówił swym spokojnym, stonowanym głosem Dezmond ostudzając nastroje. - Elfia krew przyozdobi ostrze mojego toporka jak tylko uprowamy się ze smokiem... - Co proponujesz, Borgo? – zagadnął Lord. - Ja wraz ze swoją drużyną zaczaimy się w pobliżu wejścia, żeby nas gad nie zauważył. Ty, ze swymi rycerzami będziesz czekać, aż spłoszone smoczysko wylezie z jamy. Wtedy Wy atakujecie od frontu, my zaś od tyłu. - ... a elfy rzucają czar dźwiękowy by wypłoszyć smoka z jamy i następnie czekają na wynik bitwy. Nie przerywaj krasnoludzie. Po zakończonym boju obaj dojdziecie do wniosku, że elfy dostaną najmniejszy przydział łupów. Nie zgadzam się na taki układ! - Co więc proponujesz? - Wraz ze swoimi towarzyszami użyjemy czaru ... - Ha! Zabrakło ci języka w gębie, elfi mądralo? - Cichaj, krasnoludzie. Czujecie to? Śmierdzi siarką! W jednym momencie namiot, w którym przeprowadzano rozmowy wyrwany został z ziemi przez podmuch wiatru. Tak im się przynajmniej wydawało, póki nie zobaczyli smoka lecącego w ich kierunku. Namiot leżał dobrych kilkanaście metrów dalej i pochłaniały go płomienie. - Uciekajtaaa! Kryć się chopyyy! – wrzasnął Borgo Lord jakby oniemiał z przerażenia. Wybałuszył oczy, a jego ręce zaczęły dygotać. Krasnolud, obeznany z takimi symptomami wymierzył silnego plaskacza wprost w szlacheckie lico. Lord ocucił się w samą porę, gdyż smok właśnie nawracał by buchnąć kolejną falą płomieni. W tym czasie Aidan zdołał zebrać swoich elfich pobratymców. Złożyli się do czaru i zaczynali już inkantację. Gdy smok był na wysokości miejsca, gdzie wcześniej znajdował się namiot, rycerza i krasnoluda już tam nie było. Smok otrzymał za to potężny cios magiczny, nazywany przez nieczarodziejów „lodowa kula”. Podwinął ogon w grymasie bólu, a skrzydła odmówiły mu posłuszeństwa. Jedno z nich się złamało. Nie oznaczało to jednak końca bestii. Smok potrząsnął łbem i zionął ogniem w stronę elfów. Aidan w porę postawił magiczną zaporę, by uchronić drużynę przed podsmażeniem. Borgo i Dezmond zebrali swoich towarzyszy. Nie było czasu na zakładanie pełnych zbroi płytowych. Odważnie, acz ryzykownie, rycerze natarli od strony złamanego skrzydła smoka, natomiast rębacze zaatakowali gada od strony ogona. - Bij zabij gada! – krzyczały krasnoludy, jakby chciały naśladować magiczne inkantacje elfów. - Na niego! Kupą, waszmościowe, kupą! Celować pod brzuch! Za oddziałami natarcia ustawili się łucznicy Dezmonda i krasnoludzcy kusznicy. Po chwili w kierunku smoka poleciały strzały i bełty, świszcząc nad głowami atakujących. Jedna ze strzał trafiła go w miękkie podbrzusze a smok zawył złowrogo. Ten odgłos zmroził krew w żyłach elfów, przez co niektórzy z nich zamarli z przerażenia. Magiczna bariera upadła i elfy rzuciły się do ucieczki. Smok widząc odwrót skierował łeb w kierunku skrzydła i buchnął żywym ogniem. Kilku rycerzy padło na ziemię i płonęło. Krasnoludy dosięgli ogona bestii i uderzali raz za razem swoimi ciężkimi toporami. Smok podwinął ogon i strzelił nim jak z bicza zwalając z nóg trzech tęgich krasnoludów. Kilku rycerzy już dobiegło do połamanego skrzydła i cięli jak szaleni. Smok zaryczał, bo dostał kolejny cios w ogon, bełt w podbrzusze, a miecz Lorda Dezmoda rozharatał mu kawałek skrzydła. - Teraz, chopy! Mamy go! Ciąć, zabijać! – krzyczał Borgo do krasnoludów. - Zginiesz bestio! – zawołał chwalebnie Lord. Były to ostatnie słowa dowódcy rycerzy, gdyż raziła go przypadkowa strzała trafiając idealnie pod potylicę, po czym padł na ziemię nieżywy. Morale rycerzy się załamało. Drugi dowódca nakazał przerwać ostrzał. Smok korzystając z zamieszania odwrócił się w końcu w kierunku krasnoludów. Nabrał potwornie silny wdech, by wypuścić z paszczy płomienie. Po chwili w pysk smoka uderzył słup wody. Aidan wraz z kilkoma kompanami ostudzili piromańskie zapędy potwora. Bestia potrząsnęła pyskiem i podbiegła do jednego z krasnoludów. Chwyciła go i przegryzła na pół. Kontynuując napad gniewu zmiażdżyła kolejnego krasnala, a ogonem zwaliła z nóg trzech rycerzy, jednemu rozharatając głowę. Nagle batalię przerwał hałas, jakby trzęsienie ziemi. Jednak trzęsienia na Mehas nigdy nie odnotowano. Wszyscy, nawet smok, zamarli. Po chwili po zboczu wąwozu, w którym trwała walka stoczyły się ogromne głazy. - Lawinaaaa! Uciekajtaaaa! – wrzasnął Borgo. - Teleportujemy się! Aen terra deanarei! – wykrzyczał Aidan, po czym zniknął ze swymi ziomkami. Kamienie i olbrzymie głazy przygniotły smoka, a przy okazji cały obóz, większość krasnoludów i wszystkich rycerzy. Przeżył Borgo. Gdy lawina ustała, wstał na równe nogi, podniósł topór i spokojnie podszedł do smoka. Pozostawała mu tylko formalność. Uniósł topór w górę niczym kat. Odwrócił go drugą stroną, służącą do rozwalania zbroi płytowych i ciężkich tarcz. Borgo lubił nią rozłupywać czaszki bestii ... Topór spadł na łeb smoka. Bestia cicho westchnęła i dokonała żywota. Dumny krasnolud wyjął topór z czaszki, co przyniosło specyficzne chrupnięcie. Położył topór na ziemi i przysiadł. Był zmartwiony. To było pyrrusowe zwycięstwo. Tylu towarzyszy zginęło. Sam nawet nie zdejmie skóry ze smoka, a co dopiero mówić o wynoszeniu skarbów z jego jamy. Borgo siedząc tak usłyszał lekki tupot jakby tysięcy nóg. Armii albo licho wie czego. Odwrócił się, pusto. Spojrzał do góry, na zbocze wąwozu. - Osz wy psie syny! Zielone skurczybyki! Ze zbocza zbiegały dwa tuziny troli. Ogromne, zielone bestie biegły wprost na krasnoluda. Borgo uniósł topór do swojego ostatniego boju. Mimo różnicy rozmiarów pierwszy trol zginął szybko. Drugi zdołał wykonać tylko jeden, chybiony cios ciężką maczugą. Natarło trzech naraz. Tym razem zmęczony walką Borgo nie miał szans. Jeden z nich dostał ulubioną stroną toporka w kręgosłup, ale inny z troli wymierzył potężny cios prosto w korpus krasnoluda. Borgo padł na ziemię oszołomiony. Reszta troli już dobiegła do leżącego. Spomiędzy nich wystąpił dowódca, wódz, albo inny brygadzista. Nie miało to dla Borga większego znaczenia. Oszołomiony, zmęczony bitwą, zrozpaczony stratą tylu pobratymców, bez oręża w ręce spojrzał na uniesiony nad swoją głową młot. Uderzenie młota rozłupało głowę krasnoluda. W wąwozie nastała cisza ... |
